iBroker

niedziela, 16 września 2012

Mass Effect 3: Leviathan - recenzja

Trzecia aktualizacja zawartości finału trylogii Mass Effect, po DLC przygotowanym na dzień premiery gry i poszerzonym zakończeniu, daje solidną dawkę odpowiedzi na pytania związane z tym uniwersum. 
Leviathan jest tym dla trzeciego Mass Effecta i trylogii w ogóle, czym dla Forresta Gumpa jest pudełko czekoladek. Nie wyobrażamy sobie ich braku, kilku zdań, które padły w odniesieniu do nich. Tak samo teraz nie wyobrażam sobie, że gra mogła zadebiutować bez tak elementarnej wiedzy, jaką oferuje DLC.
Chcąc być złośliwym, mógłbym napisać, że wystarczą jeszcze dwa dodatki i BioWare wreszcie zakończy produkcję finalnej przygody komandora Sheparda. Prawda jest jednak taka, że Extended Cut zmieniło postrzeganie serii, ale też nasze nastawienie do deweloperów. W kontekście tych modyfikacji ciężko jest nie patrzeć na Leviathana jak na dalsze brnięcie w uzupełnianie luk fabularnych i odpowiadanie na najbardziej nurtujące graczy pytania.

Kto stworzył rasę, która cyklicznie niszczy galaktykę? Jaki jest prawdziwy cel tej regularności? I co było w stanie zabić Żniwiarza?

Tytułowe pojęcie “Lewiatana” nie jest obce fanom serii, a po raz pierwszy pojawiało się jeszcze podczas eksploracji jednej z planet na początku serii Mass Effect. “Leviathan of Dis” to nazwa gigantycznych szczątków, które w pewnym momencie zniknęły z krateru na dość odseparowanym świecie. Jeżeli właściwie poprowadziliśmy Sheparda jeszcze w DLC do części pierwszej, “trójka” mogła zaoferować nam pewną odpowiedź, co też się stało.
Ale dopiero dodatek Leviathan daje pełen obraz sprawy.

Rozszerzenie, po zainstalowaniu, wpasowuje się w dowolną część drugiej połowy kampanii, stanowiąc oddzielne zadanie. Po przeczytaniu wiadomości z prywatnego komputera, Shepard może udać się do zupełnie nowej części Cytadeli, do laboratorium doktora Brysona. Ten, jak się szybko okazuje, posiada całą jednostkę badającą sprawę tytułowego Lewiatana i, co ciekawe, niemal depcze mu po “piętach”. Ostatecznie dochodzi jednak do zamieszania, którego przyczyną jest zachowanie zbliżone do indoktrynacji, a przed komandorem staje konieczność łączenia drobnych faktów i dotarcia do odpowiedzi samemu, bez podania jej na tacy.

Wspomniane laboratorium odwiedzimy więcej niż raz, ale to pierwsza wizyta okazuje się najciekawsza, ponieważ - niczym Cole Phelps - Shepard musi badać drobne ślady, konotować wydarzenia i rzeczy. Pomijając już osiągniecie przyznawane za maksymalną precyzję, samo śledztwo jest o tyle ciekawe, że w jego następstwie pozostanie nam mniej lub więcej mozolnego skanowania różnych, oddalonych od siebie układów.

W niektórych miejscach, a jakże, przyjdzie nam rozgrzać broń i sprawdzić się w pojedynkach z oddziałami Żniwiarzy, ale nie wykracza to poza standard, który - dodajmy - stał na zadowalającym poziomie, pokazując czemu seria, zwłaszcza od drugiej części, sprawdzała się wyśmienicie jako gra akcji. Do standardowych potyczek dochodzą jeszcze minizadania, rodem z trybu kooperacji, gdzie musimy np. eskortować drona naprawczego lub przenieść ogniwa energetyczne w określone miejsce (całe szczęście z Sheparda taki chojrak, że nie opóźnia to jego ruchów, tak jak kolegów z multiplayera...).

Unikając zdradzania fabuły trzeba jedynie wspomnieć, że jedna z dalszych misji świetnie pokazuje, jak wiele można jeszcze wyciągnąć z poczciwego Unreal Engine 3. Przemieszczanie się przez targane wichurami i rozmaitymi wybuchami miejsca naprawdę podnosi adrenalinę - ogółem jest to jeden z ciekawiej zrealizowanych etapów w całej serii.

Sama historia nie jest może tak perfekcyjnie zrealizowana jak opowieść o pościgu za Handlarzem Cieni z “dwójki”, ale i tak potrafi wciągnąć, zwłaszcza w ostatnich kilkudziesięciu minutach (całość to zadanie na około trzy godziny). Do tego dodaje kilka dodatkowych punktów do przeskanowania, co niektórym pozwoli na lepsze przygotowanie się do konfrontacji ze Żniwiarzami.

Pamiętać trzeba jednak o wadze fabuły Leviathana. Niektórzy pogodzili się z oryginalnym zakończeniem trylogii, inni dopiero z jego poprawioną wersją, a jeszcze inni do dziś mają trudności z zaakceptowaniem podejścia BioWare’u. Nowe DLC wyjaśnia dużo, rewelacje są ekscytujące i faktycznie zmieniają perspektywę. Szkoda, że tak istotne treści nie znalazły się w podstawowej wersji gry.

Jednocześnie jednak mam ten problem, że ich obecność, przynajmniej w takim ujęciu, mogłaby odbierać trochę z efektu zaskoczenia w samym finale. Ten ulega dodatkowym modyfikacjom, raczej kosmetycznym, tak by odzwierciedlał zaznajomienie Sheparda z fabułą rozszerzenia.

Kupić czy nie? - spytacie. DLC zdecydowanie zasługuje na sprawdzenie, przede wszystkim dla pokładów “lore’owych”, jakie ze sobą niesie. Niekoniecznie za pełne dziesięć dolarów. Ważne jednak, że Leviathan naprawdę czyni Mass Effecta 3 lepszym.
 
Autor: Paweł Borawski
Artykuł pochodzi ze str: http://gry.wp.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz